Rasa

Wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie: w typowy, słoneczny, lipcowy dzień wieńczony krótką, letnią burzą. Nie męczyły jej wtedy żadne ponure myśli, była beztroska, cieszyło ją życie i radosna aura za oknami.

Nawet nie mąciła jej spokoju obecność dziwnego mężczyzny uporczywie przesiadującego na ławce nieopodal jej domu. Wręcz zdawał się być nieco śmiesznym, z powodu swego kociego wyglądu i charakterystycznego dla kotów bezszelestnego, zwinnego poruszania się. Nie przestraszyła się więc, gdy podszedł do niej i spytał o imię, a w chwilę później jeszcze o stan cywilny i różne inne detale.

– A pan, co? Przeprowadza ankiety, czy może chce złożyć mi ofertę matrymonialną? – Podsumowała z humorem. – Jeśli tak, to proszę przyjąć do wiadomości, że póki co nie planuję wychodzić za mąż, a już na pewno nie za pierwszego napotkanego ankietera.

Typ z kocią twarzą na kocią modłę furknął.

– Nie zamierzam się z panią żenić, – odparł z oburzeniem, – choć kojarzenie szczęśliwych małżeństw – to moja specjalność.

– Och! A zatem mam przyjemność rozmawiać z męską swatką? – Uśmiechnęła się. – A kogo przymierza pan zaoferować mi na męża? Jeśli można spytać…

(Inga była kobietą o dużym poczuciu humoru, dlatego tego typu rozmowa zaczęła ją coraz bardziej bawić.)

– Tego! – i wskazał palcem na niedużego, szarego, pyzatego kociaka głaszczącego łapką kociępo swej mordce i uszach, – to pani przyszły mąż.

Zaśmiała się, oczywiście, z absurdalnego dowcipu, choć jej współrozmówca zdawał się pozostawać nad wyraz poważnym. Gniewnie na nią patrząc mruknął tylko pod wąsem:

– Tacy są ludzie. Mierząc się z czymś nieznanym wolą to coś uznać za żart, niż próbować zrozumieć! Cóż… taka rasa. Inna.

Nieoczekiwanie z ust „ankietera” wyrwało się charkliwe miauknięcie, na brzmienie którego szary kociak przerwał toaletę i natychmiast ruszył w ich stronę. Gdy podszedł i podniósł głowę – po całym ciele Ingi przebiegły zimne dreszcze – bo aż tak bardzo rozumnymi i przenikliwymi zdawały się dla niej być jego zwierzęce, hipnotyczne oczy. Nie mogła oderwać od nich wzroku. W jej źrenicach odmalowywało się zdziwienie, zakłopotanie, w oczach kociaka: ciekawość, zainteresowanie… pożądanie?!

Próbując zapanować nad obsesją pokręciła głową, ale nic nie pomogło. Wtedy – dziwny człowiek zaczął śmiać się chrapliwym rechotem, wziął kota na ręce i podniósł do jej twarzy. Szary, mały kociak, jakby zawstydzony, przekręcił łepek, a ona – rozumiejąc w końcu, że stała się przedmiotem kpin(?) odwróciła się na pięcie i odeszła.

 

Ale to właśnie od tamtego dnia zaczęło dziać się z nią coś bardzo dziwnego. Odnosiła mianowicie wrażenie, że nieustannie prześladuje ją wzrok małego, szarego kota. Mało tego: nieprzerwanie czuła na sobie pożądliwe spojrzenie zielonych kocich oczu, ale gdy pod ich sugestywną presją odwracała się – nie zauważała niczego i nikogo.

No, a potem zaczęły się te sny… Śniła, że szary kot wskakuje na okno i obtaczając się pajęczyną poświaty księżyca na jej oczach przeinacza się: wyprostowuje, rośnie i na końcu staje młodym, niewysokim, ale oszałamiająco przystojnym mężczyzną. Wyciąga ręce, przytula ją i ciemność w jej fantazjującym umyśle zamienia się w gwieździste niebo rozbłyskujące tysiącem fajerwerków.

Śniła ten sam – niezwykły,  niezmienny w szczegółach przez miesiące sen, aż pewnego razu z zimnym potem na czole przebudziła się i poczuła, że jest jej niedobrze. Bezzwłocznie skonsultowała się z lekarzem, i dowiedziała się, że jest w ciąży. Jej zdziwienie, oczywiście, było trudne do opisania, jakoż nie przypominała sobie, nie miała najmniejszego pojęcia, kto mógłby być sprawcą i ojcem? Zaczęła analizować swe notoryczne słodkie mary i pomału dojrzewała do postawienia pytania: czy te sny – tylko snami były? czy może jednak jawą? Wtedy – tłumaczyłyby wszystko…

Tymczasem płód rozwijał się sukcesywnie, a badania nie wykazywały żadnych nieprawidłowości: embrion był, rzecz jasna, człowieczy, nie zwierzęcy. Oczywiście, że ją to uspokoiło, nabrała w końcu pewności, że przyczyną ciąży nie były jakieś fantazjujące bzdury, a „wypadek przy pracy”. Tyle tylko, i tu wciąż była niepocieszona, nie pamiętała kiedy i który z jej znajomych się do tego przyczynił?

*

Niestety! Jednak jej początkowe, irracjonalne podejrzenia pewnego dnia powróciły. Zdawały się je potwierdzać zaistniałe, tragiczne okoliczności. Tego ranka ujrzała przez okno, jak chłopcy z sąsiedztwa rzucali kamieniami w kogoś lub coś w trawie, najprawdopodobniej schowane tam stworzenie. Z trudem taszcząc przed sobą wielki już brzuch zeszła na dół, do ogrodu, przegoniła rozbestwione bachory i zobaczyła pod krzewem szarego kotka, tego samego, którego już raz poznała za sprawą dziwnego „ankietera”. Był cały poobijany i zakrwawiony. Na jej widok odwrócił głowę, a jego oczy wyrażały ból i cierpienie.

I znów zaczęła mieć dziwne sny. Tym razem – koszmary, podczas których brała z kotemzmasakrowanego zwierzaka w ramiona, niosła do domu, i tam, on – jej zwierzak – przeobrażal się.

Nie, żeby nie było niedomówień: to już właściwie nie były sny. Hipnotyczny wpływ osłabł, i wszystko wydawało się teraz dla niej bardziej realne, niż kiedykolwiek wcześniej.

A potem on umarł, on – to znaczy przeobrazony w mężczyznę kot – a jego cielesna forma na powrót płynnie przeinaczyła się do postaci zwierzęcia. W tym momencie straciła ojca swego dziecka. I w tej samej chwili ze zgryzoty prawie córkę! Ale nie na darmo mówi się o dziewięciu kocich życiach: dziewczynka ostatecznie przeżyła, by wkrótce, podobnie jak tata: poruszaćsię  z pięknym, prawdziwie kocim wdziękiem i dostojeństwem i z twarzy jaśnieć tajemniczo zielonymi oczyma.

Tak! – Ona, Inga, chce, żeby wszyscy wiedzieli, że wśród ludzi żyje inna rasa, dziwna rasa, wybierająca kochanków wśród nas – zwykłych ludzi i dająca nam niezwykłe potomstwo…

 

– No i co pan o tym sądzi? – Wyłączywszy dyktafon naczelna lekarz poradni neurologicznej zapytała doktora Patryka Trazoma.

– Ciekawy przypadek, uformowany przez oryginalne halucynacje – odparł Trazom, mieszajac łyżeczką w filizance kawy. – A tak przy okazji, gdzie jest teraz jej córka?

Naczelna lekarz w zamyśleniu pobębniła palcami po stole:

– W tym cała rzecz, panie doktorze, że nie ma żadnej córki. Gdy zabierano chorą z domu był tam tylko puszysty, szary kot. Wzięłam go do siebie, bo zrobiło mi się zwierzęcia najzwyczajniej żal.

Doktor Trazom roześmiał się:

– No cóż: skoro ojcem był miłośnik kotów, to i córka, oczywiście, jest tej samej rasy. Żelazna logika.

Obydwoje zamilkli. A po chwili naczelna lekarz szepnęła cicho:

– Wie pan co, panie Patryku, to niesamowite… Od jakiegoś czasu miewam sny podobne do tych, o których opowiadała…

 

powrót do zapisków dra Trazoma

3 myśli w temacie “Rasa

  1. Oczywiscie, Pani Redaktor! Za jakiś czas przekażę moim milusim futrzaczkom miziaczki i pozdrówka. (Upały na dworzu sprawiają, że kryją się póki co w krzaczorach)…
    Swoją drogą – być kotem to frajda: wylegiwanie się, pełna miska, pieszczoty… Ach! Może tak w kolejnym wcieleniu? 😉 Ciekawe, kto będzie wtedy moim panem (a może raczej moja panią? 🙂 😉 )

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *