W księżycową noc

– Znowu? Przecież obiecałeś więcej tego nie robić!

– A skąd ty to wzięłaś, że zamierzam cokolwiek „robić”? – Byłem zaskoczony.

– A co, myślisz, że cię nie znam? – Zdziwiła się kotka Kasia i otarła o moje nogi. – Przez ostatnie sto dwadzieścia osiem lat naszej znajomości, nic nowego w ten dzień nie wymyśliłeś…

– Światowy Dzień Kota. – Doprecyzowałem. – A co jest nie tak?

– Nadal nie nauczyłeś się, jak wiązać krawat… Już na trzy sposoby ci pokazywano! Uczono cię… Dobra! Schyl się – nakazała kotka Kasia i poprawiła mi węzeł. – A teraz dociągnij. Jeśli zrobię to ja, ślady pazurów pozostaną.

– Is it ok.? – Spytałem.

– Głupek jesteś. – Odpowiedziała Kasia i wskoczyła na parapet. – I tak nigdzie cię samego nie puszczę!

– Uważaj! Bo będziesz żarła tylko myszy – zagroziłem – i tylko te, które sama złapiesz.

– O, proszę! I jeszcze szantażyk – podsumowała kotka Kasia i ziewnęła. – Co, mam ci nasikać do butów? Jeśli chcesz wiedzieć, to nakarmić mnie mogą sąsiedzi. A w tym domu obok mam w ogóle prawie kotulka-męża… Jak mogłeś niemądrku pomyśleć, ze można mnie szantażować? W jakim europejskim języku preferujesz, abym cię za to zrugała? Mogę prawie w każdym. Mogę po polsku zaproponować: „a pocałuj mnie w d…”, po rumuńsku: „Să mă pupi în cur!”, ale i po niemiecku, rosyjsku, francusku, angielsku a nawet we wschodnim dialekcie plemienia kanibali Hrumba Południowych Wysp Pacyfiku… O swoim kocim narzeczu nawet nie mruknę… Januszu, wybieraj!

– Zaraz pstryknę cię po tej puszystej mordce – skwitowałem. – Po polsku, może być? Potem poślę po doktora.

– Jawny szantaż i groźba rozboju – westchnęła kotka Kasia. – Kara: do ośmiu lat pozbawienia wolności. Ale przy mych dobrych prawnikach i uszczupleniu trochę kasy ty, w naszym wolnym i demokratycznym kraju, spokojnie przesiedzisz w puszcze do końca życia, bo i jeszcze wrobię cię w kilka aferek. Trzeba ci tego?

– Więc postanowiłaś iść w zaparte… Tylko, jakich ty, puszysty pyszczku, możesz mieć prawników?

– Najlepszych. Przecież tacy służą tym, co mają dużo kasy. Ma się to konto po zamożnych przodkach z Transylwanii – zamruczała kotka.

– Bestia! – Byłem oburzony. – Czego chcesz?

– Leżeć sobie na parapecie i donikąd nie chodzić. – Powiedziała i zerknąwszy przez szybę okienną w mroki czeluści na dworze ponownie ziewnęła. – Będziemy się kłócić? – Zapytała po chwili.

– Krawat piękny? – Spytałem dyplomatycznie.

– Nie pamiętam, która ta z tych twoich flam ci go podarowała. Jak na mój gust… zbyt ciemny. Wolałabym jasnopomarańczowy z palmami i kocurkami pod nimi – powiedziała kotka.

– I potem uznałabyś mnie za zboczeńca? – Byłem zaskoczony.

– Kolego, czy ja psioczyłam na twoje ostatnie kociaczki? – Obruszyła się. Ani jedna z nich ryby nie umiała obrać! I czego one tak wszystkie krzyczały po nocach? Wiecznie budziły?… Ja, co? Miauczę ci nocami nad uchem?

– Jest to jeden z przejawów miłości – wyjaśniłem – te krzyki w nocy i szczęśliwe uśmiechanie się rano…

– I potem żarcie na śniadanie mojej ryby – oburzyła się kotka. – Żaden z moich zaprzyjaźnionych kocurów nigdy nie zżarł mi ryby, a za to każdy cieszył się, gdy mógł mi w czymkolwiek dogodzić…

Spojrzałem na swe odbicie w lustrze. W zasadzie prezentowałem się całkiem, całkiem… Zerknąłem na zegarek. Księżyc powinien był wyjść zza sąsiedniego domu dokładnie za jedną minutę i 28 sekund.

– Kaśka, wynoś się z parapetu – Rozkazałem.

– Obiecałeś nigdy tego więcej nie robić! – Po raz ostatni oburzyła się kotka Kasia. Ale puszysty ogon frygnął i posłusznie zeskoczyła na podłogę.

Gdy otworzyłem okno w twarz uderzył mnie podmuch świeżego powietrza. To była właśnie ta noc: kocia, w dniu kota, i nikt nie mógł mnie powstrzymać. Kotka Kasia dobrze o tym wiedziała.

Najtrudniejszy krok – pierwszy. Bardzo jest trudno wejść na księżycowy promień, jak na zwykłą ścieżkę… a ja to umiem.

– Zdurniałeś! – Wycedziła na powrót stojąca obok mnie i patrząca mi w oczy kotka Kasia. – Znowu przylecą paparazzi a jutro w gazetach wypiszą same bzdury!

– Nie marudź! Chodźmy już, zabawmy się – odparłem. – Co nas obchodzi, co napiszą o nas w gazetach? Ta kocia noc należy tylko do nas, Kasiu. No już! Idziesz ze mną na księżyc? Czy mam iść sam i poszukać tam sobie nowej kotki?

Kotka Kasia ugodowo miauknęła i mruknęła coś w swym kocim języku, otarła się o moje ramię i nie dyskutując już dłużej zwinnym kocim krokiem ruszyła z parapetu w gwieździstą, kocią noc. Po złocistym promieniu księżyca…

Za mną.

Lista krótkich opowiadań o miłości

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *