Bonsoir, mademoiselle!

– 1 –

…Jasne, że doktor, bez żadnej wątpliwości doktor i nie tylko dlatego, że ma na sobie biały lekarski fartuch!… Uff!  A jakie boskie wonie perfum zaleciały od niego!…

Zobaczyła go, gdy stał przy oknie i był chyba na coś zły. Ręce wepchnięte w kieszenie marina0dżinsów, rozpięty częściowo kitel, a nogi – w stylowych mokasynach niemal odtańcowywały jakieś baletowe „pas” – niecierpliwie i z oburzeniem!

Przechodziła obok, wzdłuż korytarza żwawo kierując się do sali, w której przebywała
jej babcia. Ponieważ na ulicy zacinał silny deszcz, nic wiec dziwnego, że parasolka przemokła do cna i teraz ocieka strużkami wody na szpitalną posadzkę. Co gorsza – beret na jej głowie także przemókł, a pod nim, szkoda gadać, doszczętnie przemoczone włosy. „Jeśli zdjęłabym czapkę, to do kogo byłabym podobna? Ciekawe…”

A tu jeszcze torebka z pomarańczami, które kupiła na straganiku (tego, obok stacji metra), nagle podstępnie pękła i kilkanaście rudych kulek poturlało się niesfornie po podłodze. Pan doktor, który przy tej całej swej eleganckiej złości był na dodatek drańsko przystojny, coś a la Patrick Swayze (z czasów młodości) rzucił się natychmiast z pomocą, ale ciekawe! – nawet nie odwrócił głowy w jej kierunku…

Po kilku minutach gdy prawie doszła do babcinej salki (zbierając ofiarnie po drodze ostatnie pomarańczki), usłyszała za sobą odgłos szybkich kroków:

– Przepraszam panią… Proszę mi wybaczyć!

„Oho! Takiemu nieziemskiemu facetowi wszystko można by wybaczyć!” – Natychmiast pomyślała.

– Słucham pana!

– Ma pani może przy sobie komórkę? – W mojej – bateria właśnie padła a muszę pilnie dokończyć rozmowę!

W milczeniu i ze zrozumieniem zaistniałej sytuacji podała mu swój smartfonik. Nie patrząc na nią ” Patrick Swayze” porwał z jej dłoni telefon, bardzo szybko ponaciskał kilka klawiszy, potem powiedział do aparatu kilka razy: „Tak! Dobrze, Kasiu” I już po chwili, już z rozjaśnioną twarzą, żwawo zwrócił pożyczoną własność i wraz z krótko rzuconym „thanks!” oddalił się…

Ona – Marina – niedługo zamierza pamiętać o „boskim amancie”. Przed nią – na jej studiach podyplomowych sesja, do uzupełnienia notatki z wykładów, zakuwanie, zakuwanie i coraz mniej czasu dla nadrobienia zaległości… Nie, absolutnie nie może sobie teraz pozwolić na „cokolwiek innego”.

*

Babcia mimo przewlekłej choroby była w swoim żywiole. Na wpół siedząc na szpitalnym łóżku, w otoczeniu koronkowych poduszek, których było co najmniej sześć, może nawet siedem, owinięta białym szalem, z binoklami na nosie czytała jakąś powieść, sądząc po okładce: francuską, w języku oryginału.

Oczywiście: poduszki, powieść, szal, binokle i wiele wiele innych niezbędnych dodatków przynosiła babci nie tylko ona, ale i całe rzesze najróżniejszych „kuzynów”, jako że babcia była osobą nad wyraz towarzyską… Dolegliwości chorobowych u babci było bardzo dużo, co najmniej tak dużo, jak tych przygodnych „kuzynów” , ale jedno ze schorzeń okazało się już na tyle groźne, że pilnie wymagało operacji… No i trafiła do szpitala…

A tu na dniach Nowy Rok. Nie pachniało śniegiem, ale zewsząd dochodził zapach choinek i cytrusów, a przechodnie na ulicach byli weseli i mili, jakimi zwykle bywają ludzie w bajkowe przedsylwestrowe dni. Pacjenci szpitalnego oddziału przygotowywali się do obchodu, jak zwykle z niecierpliwością czekając procesji lekarzy i pielęgniarek. Lekarzem prowadzącym babcię była pani doktor Nowak, starsza doświadczona w zawodzie pani lekarz, a tak w ogóle bardzo podobna do sowy, z obrazu Starczewskiej. Lubiła babcię, ale cóż z tego, skoro doktor Nowak nie znała francuskiego no i babcia nie mogła z nią sobie, rzecz jasna, o książce porozmawiać, więc ledwie odwzajemniała sympatię pani doktor, i nic więcej…

Beret na głowie zdążył nieco przeschnąć, zdjęła go i podeszła do lustra, aby poprawić przyczesanie. Ma wyjątkowo niesforne włosy: długie, ciemne i kręcone – i te walory sprawiają, że zwykle potrzebuje dużo czasu aby doprowadzić je do ledwie cywilizowanego stanu.

Razem z babcią na szpitalnej sali przebywały dwie inne „gracje”: blondynka i brunetka, obie – oślepiające „piękna”. Które ich miejsca będą wycinane – było starannie skrywaną przez nich tajemnicą, a babcia z zasady z nikim nie rozmawia o chorobach, a tylko o sprawach „wyższych”! Ale i „wzniosłe” gracje niespecjalnie garnęły się do rozmowy z babcią i tylko między sobą obgadywały o ich własnych, dziewiczych bolączkach…

Wciąż przyczesywała włosy, gdy usłyszała za sobą narastającą burzę – obchód! Ledwie zdążyła usiąść obok babci, która nawet nie oderwała oczu od powieści…

– Ach! To ty Marinko? – Siadaj, siadaj, kochanie…

I oto do sali wchodzi „jej” lekarz – a za nim idą w dostojnej odległości dwie pielęgniarki: jedna – z notesem i długopisem, druga – z ręcznikiem przerzuconym przez ramię. A gdzież że pani doktor „sowa”?

Gracje natychmiast o kilka razy zwiększyły siłę swych olśniewających uroków i bajdurzeń i zaczęły ćwierkać doktorowi o swych bólach, pokazując to nóżkę, to plecy. Lekarz uśmiechnął się, wysłuchał ich bardzo cierpliwie, dotykał nadstawiane nogi i plecy, prawdopodobnie nie chcąc obrazić żadnej z pięknych gracji…

A babcia… nawet nie oderwała wzroku od swojego francuskiego „romana”.

– Bonjour, madame! – Pozdrowił babcię pan doktor „piękny”.

Babcia bezceremonialnie podała mu rękę do ucałowania i krótko sie przedstawiła:\

– Różalska.

A wnuczce zaparło dech…

– Pozwoli pani, że i ja się przedstawię, jestem Patryk! – pan doktor przystuknął obcasami swych mokasynów i bez wahania pocałował wyciągniętą przez babcię rękę.

„Wow! Rzeczywiście Patryk – ponownie natychmiast pomyślała Marina. – I, oczywiście, Swayze!”

Troszkę pokonwersował z babcią w języku Woltera a potem przeszedł na łacinę. Z babcią miał doskonały kontakt. Na koniec doktor Patryk jeszcze raz się ukłonił i szybko wyszedł z sali, a za nim obie dystyngowane panie pielęgniarki.

W stronę wnuczki, jak jej się zresztą wydawało, nawet nie spojrzał… A popatrzeć, jej marinazdaniem, było na co. Ryżowłose (co z tego, że teraz ufarbowana na czarno) i zielonookie dziewczyny spotyka się rzadko; takimi walorami obdarzyli ją tata i mama. Ryże, kręcące się włosy – to po mamie. A te zielone olbrzymie oczy – po tacie… Tego typu jednak dostojeństwa niewiele jej pomagają, a szczególnie, gdy przychodzi zdawać egzamin przed pretensjonalną dziekanicą… A pan doktor „Swayze” miał taką niecodzienna okazje przyjrzeć jej się dokładnie. Na Facebooku ona – Marina – chowa przecież ponad pół oblicza pod cygańskim wachlarzem…

Wieczorem została wezwana do gabinetu lekarskiego. „Doktor Swayze” siedział przy biurku i wciąż nie podnosząc wzroku skwapliwie coś zapisywał w notatniku. Gdy wreszcie skończył – nadal nie pozwoliło mu się nią zająć drżenie telefonu na biurku. Pan doktor wziął smartfonik do ręki i odwróciwszy się do okna zaczął żywiołowo rozmawiać.

W tym momencie do gabinetu weszła pani doktor Nowak. Obie ucieszyły się na swój widok i zaczęły rozmawiać o babci. Pani doktor poinformowała, że operację zaplanowano na jutro a nieoczekiwanie, będzie ją wykonywało to „telefoniczne gadajło”. I skinęła głową w wiadomym kierunku i nie doczekawszy się finiszu doktorowej konwersacji opuściła zniesmaczona gabinet. „Drogi doktorze, jaka szkoda, że nie chce pan nawet spojrzeć na tę, która myśli o panu od porannego spotkania, a teraz to już więcej niż myśli, teraz to już się modli do pana, bo przecież życie mojej babci w pana cennych rękach!” – z rozrzewnieniem skonkludowała. I akurat gdy pomyślała – on skończył rozmowę i nie podnosząc wzroku znad biurka powiedział cicho:

– Proszę pani, będę wykonywał operację pani babci, bo poprosił mnie o to mój przyjaciel Babicki. Specjalnie w tym celu przerwałem swój cykl wykładów na Krecie.

– Oj! Nie wiedziałam. – A po chwili nieco zaskoczona dopytała: – ten Janusz Babicki?

– No chyba ten, – uśmiechnął się pan doktor, – To także przyjaciel pani babci…

– Wiem, wiem… – szybko potwierdziła, choć nigdy wcześniej o tej babcinej znajomości nie słyszała. – A czy jest jakaś groźba komplikacji, jakieś zagrożenie?

– Proszę pani, przy każdej ingerencji w organizm zachodzi ryzyko powikłań. Ale proszę się nie obawiać. Pani babcia została doskonale do operacji przygotowana, a ja – jak już pani wspomniałem – specjalnie dla pani babci przyleciałem na kilka dni do Warszawy, wiec zrobię wszystko, co w mojej mocy. Zaraz po Nowym Roku, niestety, muszę wracać na Kretę. Zapewniam jednak, tu – w tej prywatnej klinice babcia będzie miała doskonałą opiekę i szybko wróci do pełnej sprawności…

Mówiąc to pan doktor starannie segregował jakieś dokumenty na blacie biurka sprawiając wrażenie osoby, której gdzieś się bardzo spieszy…

– Panie doktorze!

– Tak? słucham, w czym jeszcze mogę pani pomóc?

– Czy po operacji mogłabym do pana zadzwonić i dowiedzieć się o jej przebiegu?

– Oczywiście, sam do pani zadzwonię i jeszcze raz powtarzam; proszę być dobrej myśli.

Opuściła gabinet z filuternym uśmieszkiem na twarzy. „Całkiem fajny ten babciny doktor”

 

– 2 –

Cały następny dzień spędziła na uniwersytecie, odganiając od siebie namolne myśli w temacie babci. Nie przeszkodziło jednak, aby wielokrotnie wydzwaniać do szpitala, gdzie do znudzenia odpowiadali, że nie mają żadnych nowych informacji… Późnym wieczorem tęsknota za babcią stała się nie do zniesienia i postanowiła wziąć taksówkę, aby natychmiast dowiedzieć się, choćby i czegokolwiek.

Zatrzasnęła drzwi od mieszkania, podbiegła do windy. „E… Nie!… Nie skorzystam. Ostatnio podobno się zacinała i ktoś czekając na wyswobodzenie spędził w niej prawie dwie godziny!”

Szybko zbiegała z dziewiątego piętra. I gdy była już na poziomie drugiego zapulsował w kieszenie telefon. „To Swayze!” – z radością stwierdziła. Siadła na schodach, wyciagnęła aparacik, użyła zielonej ikonki.

– Pani Marino! Wszystko w porządku, pani babcia jest już po operacji i jej stan z minuty na minutę znacząco się poprawia. Może być pani dumna ze swej babci! Zniosła operację wspaniale. – Elegancko komunikował miły doktor „Swayze”.

Serce jej przyspieszyło i tak już szybki swój bieg. Było gotowe, aby wyrwać się z klatki piersiowej… dosłownie wyskoczyć z bloku na ulicę.

– Dziękuję panie, doktorze! Bardzo panu dziękuję… – ledwie artykułowała słowa w pobiegowej zadyszce. – Nie wiem, jak my się z babcią panu odwdzięczymy?!

– Naprawdę nie ma za co! Ale jeśli już chciałaby pani koniecznie coś dla mnie zrobić, to proszę postawić mi kawę, bo chyba teraz tego potrzebuję najbardziej!

– Rozkaz, panie doktorze! i rozłączywszy się i schowawszy telefonik do kieszeni już wolnym zrelaksowanym krokiem weszła do kabiny windy.

* * * * * * * * * * * * * * *

Wybiegła z klatki schodowej i stanęła w osłupieniu:

Patryk stał przy na wpółotwartych drzwiach samochodu i sprawiał wrażenie, jakby jeszcze rozmawiał z nią przez telefon. W drugiej ręce trzymał dużą ryżą pomarańczkę. Ciekawe, czy z tych, które wczoraj przyniosła?…

– Bonsoir, mademoiselle!

Zostawili jego czerwone sportowe Porsche na osiedlowym strzeżonym parkingu i poszli powoli wzdłuż alejki. Patryk przytulił ją pod swym przepastnym ramieniem…

A potem, nagle, bez ostrzeżenia, jak gdyby z jakieś znajdującej się pod niebem olbrzymiastej pierzyny, zaczął sypać gęsty, błyszczący w świetle świątecznych iluminacji wspaniały puchowaty śnieg, który powiedział jej, że Patryk też od razu zwrócił na nią uwagę, ale nie mógł tego okazać, ponieważ chciał bardzo dobrze przygotować się do operacji, i że on też ma swoją ukochaną babcię, i że dla dobra wszystkich ukochanych babć na świecie – dzisiaj, wykonał perfekcyjny zabieg, po którym jej babcia będzie żyła wiele, wiele lat i przez wiele lat będzie dumna z wnuczki!

I dopiero teraz, gdy do drzwi zapukała sylwestrowa noc odważył się otworzyć swoje serce na babciną wnuczkę!

I zaczęli jeść pomarańczę i łapać płatki śniegu, hojnie obdarowywane im z nieba na szczęście!

– Bonsoir, mademoiselle! Notre histoire ne fait que commencer!

 

lista Cyberprzestrzennych

3 myśli w temacie “Bonsoir, mademoiselle!

  1. Janusz….hahahahahaaa!!!! Ale żeś mnie wrobił w romans z ”’Patrickiem S.””’!!! Rozczaruję Cię, bo on nie w moim typie!!!! I co teraz???…Musisz mi poszukać innego amanta….No i dziękuję za retusz mojego zdjęcia….Wypiękniałam po prostu po tym „”zabiegu kosmetycznym””’ …Marina w Twojej nowelce jest ruda , o zielonych oczach, tylko ufarbowana???….Ciekawa uroda..lecz..nie moja…hahahaha! Przyznaj się bez bicia, co ”za jedna”’ udaje tu…mnie??? [o tym typie urody…]….Jednak..wielkie Ci dzięki za tę miłą niespodziankę w postaci noweli. Pozdrawiam najcieplej, jak tylko potrafię:)

    • Hmm… trochę mi pomieszałaś szyki. Ale nic to. Coś poradzę. Będę chyba musiał Ciebie poznać z szelmą Babickim… Tylko uważaj, bo to wielki nicpoń i kobieciarz. I niejedna już przez niego płakała 😉
      Będziesz musiała chyba wziąć konsultacje u redaktor Fille – bo póki co, tylko ona (na razie!) jakoś sobie z nim daje radę 🙂

  2. Lepiej niech ten Babicki weźmie konsultacje…, zanim weźmie się za uwodzenie mnie…hahahahaha!!! A ja „‚se”” poradzę bez..konsultacji..z tym BABickim…….
    P.S. Ja bym mu poleciła konsultacje u magister Biodrowicz….hahahahahaaa!!!

Pozostaw odpowiedź Janusz N Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *