Motocyklista Konrad i Calypso

– 1 –

Stało się to, czego powinien był się spodziewać: zabrakło benzyny. Przejechawszy bezwładnie jeszcze kilkadziesiąt metrów motocykl zatrzymał się i ze swą motocyklową zadumą przechylił się na bok. Przeprowadził go na pobocze (rozryte setkami drobnych kamyków – śladami po wsyschniętych kałużach i deszczach) – spokojnie przewiesił kask przez kierownicę i z wielką pewnością w sercu wyszedł na drogę szukać pomocnej duszy…

Ostatnimi czasy ze wszystkim było mu pod górkę. Na uczelni i ze studentami – same kłopoty, jego praca naukowa o pozaziemskich przybyszach leży odłogiem, w domu – czeka go remont po ostatnich powodziach, z żoną – ciche dni, z synem kłótnie i niekończące się reprymenty, rozmowy. Dalej wyliczać? Nie warto… Tych pieniędzy, które jeszcze się ostały w kieszeni starczy mu ledwie na nocleg, kilka litrów benzyny i paczkę, no może dwie, lichych papierosów. Czyż czeka go jeszcze w życiu cokolwiek poza szarą, codzienną walką o przetrwanie? – Szczerze powątpiewa…

Ale nawet teraz, gdy wciąż ma tam jeszcze jakieś cichutkie nadzieje do nieskromnej nadziei – panna Fortuna absolutnie nie płonie pragnieniem niesienia mu pomocy. Żaden z samochodów przejeżdżających drogą nie zatrzymuje się. Być może ludzie są zdegustowani jego podejrzanym wyglądem (wytarte, poszczępione dżinsy – oblepione zwyczajnym drogowym kurzem, dawno niemodna już czerwona, szkocka chusta na szyji, mokre, przepocone włosy…) i wolą nie zatrzymywać się przy nim i omijać indywiduum szerokim łukiem.

Po kilku kwadransach bezowocnych starań znalezienia dobrego serca w końcu zrezygnował i usiadł obok motocykla na spieczonej słońcem ziemi… Na szczęście, to ostatnie, zniknęło już za horyzontem, choć zmierzch jeszcze nie zapadł. Blado-purpurowy nieboskłon, żółty, na zachodzie stopniowo przechodzący w turkus, czerwień i w końcu ciemny fiolet, i inne niezwykłe, perliste odcienie serfujących poza horyzont kłaczkowatych chmur przyprawiły go o błogi, beztroski nastrój. „Dobra chwila, by zobaczyć, co tam w świecie? Konradzie! Znakomita…” – Wyjął ze swej tylnej kieszeni najnowszey model iPhona, wybrał adres Facebooka, przejrzał ostatnie wpisy przyjaciół… I nic. Nikt nie pisze nic nowego, nie komentuje I tylko jego znajoma – Kati z przekąsem zauważa, że „zaczyna mówić sam do siebie…”. Hmm… coś w tym jest! Oj Kati, Ty jedna mnie rozumiesz i dostrzegasz…

Tymczasem lekki wieczorny wiaterek zakołysał suchą przydrożną trawą. Koniki polne powspinały się na niższe gałęzie młodych stojących nieopodal jodeł. Świerszcze miarowo sie rozcykały, jakby konkurując z od czasu do czasu świstem przejeżdżających samochodów.

Pochłonięty serfowaniem i myślami przysłuchiwał się jednocześnie miękkim i słodkim jak sen odgłosom układającej się do nocnej pory przyrody. Najwyższy już chyba czas samemu coś wykombinować?” – pomyślał. Schował iPhona do kieszeni. Wyciagnął papierosa. Zaciągał się dymkiem i jedocześnie delektował świeżym i przezroczystym powietrzem. Motocykl smutno spoglądał na jego pochyloną sylwetkę, bezradnie wyginając przednie koło w bok. Było jasne, że on – motocykl – szczerze mu współczuje. I równie szczerze, on – Konrad Kozioł – poklepał swojego „Iża” po jego masywnym, szerokim błotniku, pomalowanym wesołym kolorem niebieskim, pięknie wyglądającym w tym swoim grubym, twardym cielsku.

Ze swym starym, poczciwym, jeszcze poradzieckim motocyklem „Iż” byli najlepszymi przyjaciółmi od lat. Od zawsze wyswobadzał go i unosił z każdych możliwych tarapatów,  kłótni i opresji Wystarczyło tylko z sercem przykopać w jego rozrusznik i zasiąść na skrzypiące skórzane siedzenie. Dzisiejszy precedens poświadczył, że jednak – tym razem nigdzie dalej nie pojedzie… Skonczyło sie, dobre.

– Hej, marzycielu, siemanko!

Zaangażowany w dialog z własnymi myślami na chwilę odłączył się od ziemskich atrybutów i przywar; jazgotliwy kobiecy głos w jednej chwili przywrócił go do niezbędnego pionu.
Przed nim przystanęła Honda-Zodia (najnowszy model) pokryta ultra-nowoczesną czarną emalią, aż do bólu oślepiająca dizanerskim chromem. Potężny silnik niecierpliwie warczał przy zredukowanych obrotach.

Opuściwszy nogę na ziemię, nieznajoma drwiąco, ale jednocześnie z sympatią spoglądała na niego spod podniesionej ościeżnicy. Skórzana kurtka i skórzane spodnie do szaleństwa podkreślały uwodzicielski rysunek jej niewieściej postaci.

– Hej, mówię do ciebie, innoplanetaninie! – Dziewczyna wyłączyła motocykl, zdjęła kask i wstrząsnąwszy głową wyprostowała swe bujne, rude włosy. – Rozmawiać, to ty, kolego, umiesz?

– Dobrego zdrówka!…, – wymamrotał, nie mogąc oderwać wzroku od jej ogromnych zielonych oczu. – Takie niespodziewane spotkania czasem pozbawiają mnie  umiejętności, o której tu mowa.

Nieznajoma roześmiała się wesoło, wyciągnęła chromowaną podpórkę i przerzuciwszy z gracją nogę nad siedzeniem podeszła do jego motocykla.

– W czym jest problem? – Zapytała oglądając „Iża” z każdej strony.

– Banał! – Westchnął i wyciągnął kolejnego papierosa. – Benzyna się skończyła. A ty jesteś jedyną współczującą mi duszą, która zatrzymała się z własnej inicjatywy.

– Rozumiem, – Nieznajoma starannie przyglądała się jego hełmowi. – Okay. W którą stronę chcesz jechać? Siadaj, podrzucę!

– Dziękuję, oczywiście nie skorzystam, – Uśmiechnął się i wyrzucił niedopałek. – Nie mam dokąd jechać. A przede wszystkim mojego motocykla nie zostawię. To mój przyjaciel. Potrzebuję kilka litrów benzyny. Pomożesz mi?

– A masz wężyk? – Nieznajoma zmrużyła oczy.

Po pięciu minutach w baku jego poczciwego motora obiecująco zabulgotało. Dziewczyna osiodłała swą Hondę, uruchomiła kluczykiem silnik i, już chowając się za obudową, krzyknęła:

– Jedź za mną, marzycielu! Ruszamy do najbliższego motelu!

Nic nie rozumiejąc, i jakby dopełniając czyjąś wolę, skierował swego Iża śladem srebrzystej walkirii, zręcznie biorąc zakręty i mknąc za nią, jak stalowa strzała.

 

– 2 –

Na błotnistym parkingu motelu zorganizowanym na nowoczesną, zachodnią modłę, ale z wyraźnymi akcentami kolorytu swojskiej prowincjonalnej subkultury w końcu zdecydował się przejąć inicjatywę:

– Ile jestem winny za benzynę?

Nieznajoma uśmiechnęła się. W słabym świetle latarni, pomiędzy dwoma uciszonymi motorami wyglądala jak bohaterka z hollywoodzkiego filmu.

– Masz pieniądze? – Z matczyną, czułą ironią zapytała z zaciekawieniem.

– Wystarczy, aby zapłacić ci za benzynę! – Naprawdę zaczęła pomału mierzić go ta jej protekcjonalno-opiekuńcza maniera wysławiania i traktowania. – To ile płacę?

– Chodźmy, – zamiast odpowiedzi nieznajoma chwyciła go za rękę. – Trzeba wynająć pokój.

W małej zadymionej recepcji leniwie grali w karty dwaj ochroniarze i recepcjonista. Wraz z ich pojawieniem się bynajmniej nie zaprzestali karcianej rozgrywki.

– Dobry wieczór! Czy macie państwo wolny dwuosobowy pokoj z łazienką? – Spytała pochylając się w okienko z rozpromienionym uśmiechem, czym postawiła zblazowanego receocjonistę w stan tymczasowej najwyższej dyspozycyjności.

– Tak, oczywiście – po krótkiej przerwie, odpowiedział. – Dwieście za dniówkę, sto pięćdziesiąt – za noc.

– Proszę, – nieznajoma wyciągnęła pieniądze.

– Na kogo pokój? – Recepcjonista bezskutecznie próbował dowiedzieć się, kim jest ten szczęściarz, któremu przyjdzie dzielić pokój z taką laską. I kim, sama laska?

– Proszę sobie wpisać, na kogo pan chce! – Dziewczyna ponowiła swój zniewalający uśmiech.

– E… dobrze! – Zgodził się bez zbędnego oporu. – Drugie piętro, pokój dwadzieścia trzy. Życzę miłego pobytu!

– Dziękuję! – Dziewczyna wzięła klucze i udali się w stronę schodów.

Pokój był taki-sobie. Odmalowane niedbale ściany, zniszczone łóżko małżeńskie, szara pościel z ciężkim zapachem proszku do prania, przedpotopowy stół i kilka krzeseł z rozchybotanymi oparciami. Podczas gdy Konrad rozglądał się po ich czasowym siedlisku, dziewczyna zrzuciła skórzaną kurtkę i ostała się w szarym wełnianym swetrze.

– Chciałbyś cos przegryźć? – Zapytała, opierając się o stół i przyglądając się Konradowi w brudno-żółtym swietle nocnej lampki poprzez gęste kosmyki orzechowych włosów.

– Nie, dziękuję, – odpowiedział cierpko. – Może jeszcze samą siebie mi zaoferujesz?

– A miałbyś coś przeciw, mój marzycielu? – Nieznajoma z uśmiechem odrzuciła na bok włosy i przechyliła lekko głowę.

– Nie. Absolutnie nic! – Z szorstką ironią zripostował. – Zupełnie nic! Zabrałaś mnie, można powiedzieć, z ulicy, przygarnęłaś, ogrzałaś, a teraz chcesz karmić! Zaopiekowałas się mną, jak jakimś niedożywionym dzieckiem, szastasz pieniędzmi! Czy, aby przypadkiem, nie zamierzasz mi uzmysłowić, że jestem przedmiotem li tylko twych kaprysów, co? Nie lepiej było mnie zostawić na drodze? I co, do cholery, ja tutaj z toba teraz robię?

– Przepraszam, nie chciałam cię urazić, – Nieznajoma usiadła naprzeciwko Konrada i położyła rękę na jego ramieniu. – Nie staram się ciebie upokorzyć. Chcę ci tylko pomóc. Zaufaj mi.

Jej wielkie oczy patrzyły w jego oczy prosto i szczerze, w jej głosie nie było już nic z uprzednich protekcjonalnych tonów.

– Ok. Thanks! – Podsumował z goryczą. – No dobra. W końcu od przybytku głowa nie boli… A tak w ogóle, to jak masz na imię?

– Mów mi Calypso, – wstała i uśmiechnęła się. – To w końcu jesteś głodny?

– Głodny, – przyznał się już ze skruchą. – Jak cholera, głodny. Ostatni raz udało się coś przekąsić skoro świt… A tak poza tym – fajne masz imię. Gdzies się z nim już, niedawno, chyba spotkałem…

– Miło mi marzycielu, ze ci się moje imię podoba… No ale, dobrze. Za te pieniądze, które masz, kup nam coś na kolację. Na parterze znajduje się sklepik. To jak? Już wszystko Okay?

– Gdzie się udać? – Zaśmiał się szczerze. No dobra. Jasne, ze Okay. Czekaj na mnie. Zaraz wróce z żarłem.

Asortyment w sklepiku nie był przesadnie bogaty, zato ceny z hotelową marżą solidnie kompensowały niedostatek. Zdobywszy klika kanapek i kilka butelek mineralnej wody wyzbył się prawie całego swego podróżnego kapitału. Tak więc widoki na jutrzejszy dalszy wojaż rysowały się w jego umysle jakby przez jakąś rozmytą mgłę. Chwalić Boga – apetyt z tej racji nie ucierpiał. Jeszcze podczas drogi do numeru dwa hamburgery legły na pastwie jego wilczego łaknienia.

W łazience głucho szumiał prysznic. Wygląda na to, że Calypso zażywała wieczornych ablucji. Na pełny żołądek myśli się fajniej. Obawy i troski poszły sobie precz, w siną dal. Chłodny pesymizm po cichu ocieplił się i przeinaczył do stanu przeciwnego.

Konrad Kozioł otworzył okno, mocno przy tym posiłował się ze starą ramą. Stanął przy oknie i zapalił papierosa. Spojrzał na przewalajaca się wokół ciemność. Księżyc śmiesznie belfrował nad linią czarnego lasu. Świerszcze cykały. I znów jego myśli wzięły we władanie zwiewne, niematerialne obrazy i kształty…

Kliknął zamek. Odwrócił się. Calypso, zupełnie naga, z mokrymi włosami, powoli podeszła do niego. „Boże, ale ona jest niesamowita! Prawdziwe, nieziemskie zjawisko!”

– Przebacz mi! – Jej dłoń delikatnie dotknęła jego policzków. – Nie powinnam była tak postępować… Ale w inny sposób nie mogłam ci pomóc… Wybrałbyś nie tę drogę… Zabłądził…

– Hę?

– No, chodźże już do mnie, głuptasie…

 

– 3 –

Na zewnątrz, za drzwiami, szepcząc kłócili się ze sobą ochroniarze. W rurach wodociągowych głucho dudniła woda, próbując przebić się przez barierę wieloletniej rdzy. Z parkingu dochodził odgłos odjeżdżającego samochodu. Nudny, mleczno-srebrny blask księżycowy bezkształtnym wielobokiem odbijał się na parkiecie podłogi.

Calypso leżała na jego ramieniu. Był odurzony uczuciem miękkości ciepłego, aksamitnego jej ciała i z błogim milczeniem pozostawał bez ruchu i wpatrywał się w ciemność. Było mu cudownie.

– Kim ty jesteś? – Wreszcie szepnął, czując, że Calypso czeka na pytania. – Czy przynajmniej zechcesz mi wyjaśnić?

– Jeśli ci powiem, że jestem Aniołem, przybyszem z innej planety, czy mi uwierzysz? – Podniosła głowę, włosami dotykając jego policzków.

– Anioł, Calypso, nimfa… Tak! Chyba juz sobie przypominam. To Ty uczyłaś moich przyjaciół tanczyć w przestworzach? To ty, jesteś tą Calypso, Ty?… Pamiętasz Sławka, pamiętasz Patryka?

– Pamiętam, mój marzycielu. Oczywiście, że pamiętam. Pamietam i twego przyjaciela Janusza i jego Natalkę, którym pomagałam pisać arcydzieło. Oni wszyscy – to bardzo mili i mądrzy ludzie. Zupełnie tacy sami, jak Ty…

– Ha! A więc jednak!

– Czy masz mi za złe, że i przychodzę do ciebie?

– Za złe? Skąd! Będę miał teraz o czym im opowiadać. A tak w ogóle… Dziwnych dożyłem czasów. – Uśmiechnął się ironicznie. – Zawsze myślałem, że anioły i anielice – to zbrojna armia Najwyzszego, oskrzydlone, aseksualne istoty z płonącymi mieczami. Jak widać, pomyliłem się. Co więcej, w naszych czasach z aniołem można nawet uprawiać seks… Jak w tym seialu: „Dotyk anioła”. Tak… Teraz, mogę śmiało powiedzić, i ja poczułem wreszcie taki dotyk…

– Przyjmujesz nas tak, jak jest to opisane w Biblii, – odpowiedziała Calypso. – A przecież nie wierzysz(?) w Boga… Dlatego wydajemy się tobie takimi dziwnymi i niepojętymi istotami. A tak naprawdę my nie mamy konkretnego wyglądu i nie możemy mieć! Dobieramy sobie taki, który jest najlepszy dla wykonania określonych zadań. Sam powiedz, co złego w tym, że leżysz z aniołem – piękna kobietą, z którą przed chwilą się kochałeś? Czy wolałbyś ujrzeć surowego wojownika w zbroji? Nie zrozum mnie źle, marzycielu. Ja jestem naprawdę siłą Dobra. Nasze zadanie – pomaganie ludziom, dawanie im dobra! A już sama sytuacja dopowiada, aby zbożny cel uświęcały wszelkie racjonalne środki. Gdy trzeba ratować człowieka nie ma znaczenia, jakie. Ważne, by skuteczne.

– I do kogo ruszacie na pomoc? – Zapytał. – Tylko do wybranych?

– Nie, – Calyspso wygodniej rozłożyła się na jego ramieniu, – Tylko do tych, których droga jeszcze się nie zakończyła, i którym braknie sił, aby iść dalej.

„Tak – pomyślał w skryciu. – Ma się strasznego doła, bez grosza w kieszeni, a razem z tobą szalona towarzyszka. Nawet i niechaj będzie nieziemsko piękna. Masz jakieś wyjście z tej sytuacji, kolego? Nie masz. Więc siedź cicho.”

– Jeśli dobrze Cię zrozumiałem, jesteś zawezwana do tego, by uczynić, aby moje sprawy weszły na właściwe, dobre tory, tak? – Pytanie było głupie, ale nie mógł po prostu tak banalnie leżeć i milczeć!

– Dokładnie. – Calypso westchnęła, jej oddech musnął mu twarz.

– A co zrobisz, gdy zaproponuję ci wyjść za mnie? – Już absolutnie przestał panować nad nonsensem, który wypowiadał.

– To nie jest możliwe, – odpowiedziała cicho Calyspso.

– Naprawdę uwierzyłaś, że miałbym taki zamiar? – Krzywo się usmiechnął, łapiąc się na szalonej myśli, że chyba czuje zazdrość.

– Uwierzyłam. – Ręka Calypso delikatnie błądziła w jego włosach. – A teraz – chodź, proszę, już śpijmy. Jutro będzie lepiej, uwierz mi.

Chciał był jeszcze cokolwiek więcej stwierdzić, powiedzieć, obłudnie skonkludować, ale w pewnej chwili coś ciepłego bez reszty wypełniło mu głowę, pozbawiając go woli i zdolności do poruszania się. Ostatnią rzeczą, jaką zdołał był poczuć – to słodkawy smak warg nieziemskiego Calypso i dotyk jej cudownych, nabrzmiałych piersi…

 

– 4 –

Obudził się wyjątkowo wcześnie – jak tylko zaczęło świtać. Przez otwarte okno dochodziły odgłosy porannego ptactwa. Do pokoju przelewał się świeży i orzeźwiajacy zapach leśnego oddechu. Calypso nie było. Na stole leżał pakiet pieniędzy i karteczka. Standardowe zakończenie wszelakich, ckliwych i śmiesznych historii.

Zapalił papierosa. Zaczął chodzić po pokoju, starannie i bez pośpiechu czytając pożegnalne słowa jego dziwnej nieznajomej.

„Dzień dobry, Marzycielu! Gdy to czytasz ja jestem w drodze na ratunek kolejnego podróżnika po scieżkach i bezdrożach życia. Załałam Ci zbiornik do pełna. Pieniędzy, na pierwsze wydatki na pewno ci starczy. A potem – potem wszystko ułoży się dobrze. Uwierz w to, a zobaczysz! Przebacz mi raz jeszcze, jeśli czynkolwiek ciebie uraziłam. To czasem bywa nieuniknione podczas ludzkich metamorfoz, ponieważ wy, ludzie, bywa ze żyjecie głupio i źle. Gdyby to i ciebie nie dotyczyło – nie byłabym tobie potrzebna. Ale może to i dobrze, że byłam… Jakież nudne byłoby Twoje życie, gdyby wszystko przebiegało w nim wedle ustalonych raz na zawsze i jedynie słusznych reguł?!

Powodzenia, Marzycielu i samych w życiu sukcesów! Nadal wierz w siebie – a wszystko się polepszy. Śmiało idź przez życie do przodu. Mam szczerą nadzieję, że nigdy więcej nie będę ci do niczego potrzebna. Trzymaj się i bądź zdrów!

Calypso”

Papieros się skończył. Rzucając niedopałek przez okno, miał ochotę posłać w ślad za nim przeczytany przed momentem pożegnalny świstek, ale po krótkim przemyśleniu starannbie złożył go na pół i umieścił w swej dżinsowej kieszeni. Wczorajsze hamburgery pozostały nietknięte – wygląda na to, że Calypso nie jadła śniadania. Kolacji – zresztą też nie… Szybko dojadł pozostałe po niej zimne kanapki, ubrał się i zabierając klucz z nocnego stolika w zamyśleniu opuścił pokój. Pokój, o którym długo, bardzo długo będzie pamietać…

Wycisnął ze swojego „Iża” wszystko, co tylko fabryka dała. Zimne poranne powietrze nieubłaganie podwiewało pod jego rozdarty dzins, z ogłuszającym gwizdem przmykały obok i z przeciwka samochody, wypełzła zza horyzontu oślepiajaca kula słońca do łez kąsiła nieosłonięte oczy.

Czuł się źle. Tak bywa, gdy z ponurych rozmyślań o życiu przeskakuje jak iskra kolejny problem do rozwiązania. I tym razem wciąż był gotów zrezygnować… Słodko zabolało serce… Przypomiało sobie o ostatniej nocy i cudownych walorach Calypso. I, aby nie poddać się krnąbrnem losowi, zatrzymał motor.

Wraz z paczką papierosów wyjął z kieszeni starannie złożoną na pół kartkę papieru – pożegnalny list Calypso – i ponownie zaczął go czytać. ” …Wierz w siebie – a wszystko się polepszy. Śmiało idź przez życie do przodu…. Śmiało!”

Spojrzał na budzący się do życia las. Pozłacane wierzchołki strzelistych drzew drżały lekko na wietrze, a on postrzegał je, jak kilka dobrych stworzeń delikatnie potrząsających głowami na znak prawidłowego wyboru.

Rzucając niedopalonego do końca papierosa z radosną siłą uderzył stopą w pedał startera, wskoczył na motocykl i, do oporu krecąc manetką gazu, wyleciał z impetem na drogę. Silnik niósł go na maksymalnych obrotach. A on – mknął z radoscią do przodu – w stronę słońca…

 

< poprzednia          następna >

 

powrót do Cyberprzestrzennbych

 


 

8 myśli w temacie “Motocyklista Konrad i Calypso

  1. Fajna ta Calypso 😉 Dziewczyny mógłby za to odwiedzić np. jakiś muzykalny & ciachowaty Zefiretto 😉 (To oczywiście żart ;)).

    Pani Redaktor tradycyjnie przesyła pozdrowienia dla Pana Babickiego 🙂

    • W sumie: racja! Przecież dziewczyny wcale nierzadziej miewają perypetie.
      Musze poprosić Calypso, by podedukowała mnie w temacie i skonsultowała z kim trzeba. 😉

      Całuję rączki przesympatycznej Pani Redaktor! 😉

    • No i odwiedził 😉 I nawet zagrał na fortepianie… Czy był ciachowaty? To już niechaj ocenią dziewczyny.
      Zapraszam do kolejnej nowelki, pt. : „Preludium e-moll Chopina i pluszowy miś”
      Wakacyjne Pozdrówka !

  2. Protagoniści „Cyberprzestrzennych” na wakacjach, co nie zwalnia ich pierwowzorów z udziału w quizach Autora netowisk :). Odpowiedź brzmi: Fantaisie-Impromptu cis-moll op. 66 (a dokładniej mówiąc Moderato cantabile grane w oryginale sotto voce).

    Herzliche & sonnige Grüße sendet Ihnen Donna Caterina ! 🙂

  3. „Prawie zawsze niezawodna” – c’est tout à fait vrai 😉

    Redaktor Fille jeszcze raz dziękuje z serca Panu Babickiemu za wczorajszy doping & multipak pozytywnych wibracji (bardzo się przydały) 🙂

    • Gdy za oknem szaruga – wzdychamy do słońca, gdy słońca zbyt wiele – chowamy sie pod parasol. Ważne, by jednak świeciło. Świat w jego promieniach jest o niebo piękniejszy 😉

      Nieustajace ukłony dla Pani Redaktor! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *